Weekend zazwyczaj kojarzy mi się z spaniem do 9-tej, slodkim lenistwem i nic nie robieniem... A przynajmniej kojarzył się tak zanim nastała era Boni. O ile Leon w tej kwestii wykazuje dużą miarę zdrowego rozsądku pt. "nie ma nic leszego niż leżeć razem z Dużą w łóżku i mruczeć", o tyle mała nie widzi żadnego problemu w tym, że obudzi mnie o 4-tej (tak, tak - CZWARTEJ!) nad ranem kilkoma barankami prosto w twarz i zarząda jedzonka i zabawy. W związku z tym byłam wczoraj bardziej nie wyspana niż w tygodniu, ale czego się nie obi dla małej słodyczki.
Poza tym pogoda nas wczoraj rozpieszczała więc futra spędziły dzień na balkonie. Dopiero wieczorem domyśliłam się, że w gruncie rzeczy mogliśmy wyjść na spacer. Będę musiała się zebrać przy kolejnym słonecznym dniu bo zaniedbałam ciut te moje słoneczka pod tym względem.
![]() |
| Robimy z uszu samolocik! |
Poza obudzeniem mnie wcześnie rano Bonisia miała ogółem nastrój zabawowy - a to polowała na liść...
...a to na Leonkowy ogonek!
Na dodatek próbowała zająć jego miejsce na krzesełku... ale to nie jest łatwe ;)
Dopiero co chwaliłam Leonka, że nie zjada mi klamerek - jak widać przedwcześnie :/



































