No więc tak (wiem, wiem tak się nie zaczyna):
- jesteśmy już oficjalnie zgłoszeni na wystawę - trzeba tylko skombinować potwierdzenie z klubu, no i wpłacić kaskę,
- nocleg zdecydowany, ale muszę jeszcze to potwierdzić ostatecznie i wpłacić zaliczkę,
- pojedziemy autkiem, oponki już będą nowe więc to już z głowy,
- trzeba będzie się zastanowić nad godziną wyjazdu - najlepiej byłoby się ciut zwolnić z pracy żeby uniknąć piątkowych korków /tiaaa... ciut = z 2 godzinki/,
- muszę koniecznie pamiętać /kto chętny żeby mi przypomnieć?/ żeby umówić się na pranie Boni i wpaść do weta po tabletki na sierść.
Na szczęście tym razem omijają mnie szalone zakupy potrzebnych rzeczy - mamy już wszystko, no i dzieci są na karmie na sierść już od jakiegoś czasu (2 problemy z głowy :) ).
Dzieciaki na razie nic nie wiedzą, choć myślę, że powoli zaczynają się czegoś domyślać - dziś mieliśmy próbę "napuszania ogonka" u Boni :D Nie ma to jak rozczesać, spryskać i następnie 0,5h dmuchać, potrząsać i machać. Dziewucha patrzyła na mnie jak na obłąkaną, ale wykazała anielską cierpliwość. W efekcie otrzymaliśmy bardzo przyzwoity ogonek. Bo nie wiem czy wspominałam, ale ogonek akurat mnie zawsze martwił, przy czym zawsze oznacza od wizyty w bardzo nieprofesjonalnym salonie gdzie ogon wyczesano metalowym grzebieniem wyczesując większość ogona (dla przypomnienia - ogon u MCO potrafi odrastać 3 lata). A tu niespodzianka - wygląda całkiem, całkiem. Z tymi najładniejszymi to nawet nie ma co stawać do porównania, ale jest o niebo lepiej.
Tak więc przygotowania w pełnym toku :) Mam nadzieję na miłe spotkania i dobre wyniki moich osiołków, szczególnie Bonisi.
Żeby nie tylko się rozpisywać wrzucam Wam kilka fotek z zeszłego weekendu.
Poniżej kompozycja Leonek na świeżo zdjętym praniu :)



Boni była znacznie bardziej aktywna - biegała, skakała i głupiała. Udało się tylko uchwycić jej stóg futra.

Z zdarzeń niekocich - jestem w trakcie drugiego tygodnia diety i na razie rezultat to 4,5kg w dół 0_0
W szoku jestem. Tym bardziej, że głodna nie chodziłam. No ale nic - przed nami tydzień bez chudnięcia i idziemy dalej. Jedyna rzecz, która mnie boli to ten brak soli. Brak soli i ja - to się w ogóle nie składa! Zazwyczaj było tak, że jak dla mnie było ok reszta twierdziła, że jest tak przesolone, że aż nie zjadliwe :D No ale nic - się chciało, to się cierpi. W ramach zwiększenia ilości ruchu do diety dołożyłam 30 dniowy program "Shred" Jillian Michels. 20 minut dziennie i na dodatek wygląda niewinnie, ale po 3 dniach powiem Wam jedno - boli mnie każdy mięsień! Nawet takie, których nie wiedziałam, że mam! A i no po każdej serii mam ochotę tylko na poleżenie w wannie. Także na razie jest ok, ale czy działa powiem Wam jak skończę. To chyba na teraz tyle - i tak podziwiam jeśli aż dotąd dotrwaliście :D